Z ks. Markiem Bożkiem, proboszczem prafii św. Stanisława Kostki w St. Louis rozmawia Waldemar Piasecki.


01-16-2006.
Korespondencja własna z St. Louis.

Jest ksiądz na ustach wszystkich mediów amerykańskich dzięki zmaganiom, jakie prowadzi polonijna parafia św. Stanisława Kostki w St. Louis, a której ksiądz pasterzuje, z lokalnym ordynariuszem dicezjalnym. Używane są porównania Dawida z Goliatem. Dawid wywodzi się z Olsztyna... 
Biblijny Dawid wywodził się z Betlejem i proponowałbym, aby na tym poprzestać. Jakiekolwiek porównania idące w moim kierunku a związane z biblijnym herosem nie są stosowne. 

Olsztyn jest jednak ważnym dla księdza miejscem na ziemi. 
Jest miejscem, które mnie uformowało osobowościowo i duchowo, stąd nie do przecenienia. Tu chodziłem do szkoły podstawowej Nr 22 i I liceum ogólnokształcącego im. Adama Mickiewicza. Osobą, którą odegrała kapitalną rolę w moim wychowaniu, jest moja wychowawczyni z podstawówki pani Anna Gomoła, która do dziś przyjaźni się z moją rodziną. W liceum moim wychowawcą był matematyk Zenon Kuskowski, bardzo konkretny i pryncypialny padagog. Miejscem dojrzewania religijnego była parafia Matki Kościoła w dzielnicy Jaroty, gdzie całe lata byłem ministrantem i lektorem. Jej proboszczem był ks. prałat Bronisław Magdziarz. Stamtąd wywodziły się moje najsilniejsze związki koleżeńskie wspominane zresztą do dziś i tacy kumple jak Jacek Wasiek,Tomek Kępczyński czy Maciek Pacewicz. Tam też dojrzewało powołanie kapłańskie. 

W Olsztynie też został ksiądz wyświęcony? 
To nastąpiło w Stanach Zjednoczonych, ale idźmy po kolei... Po maturze "u Mickiewicza" poszedłem do seminarium księży palotynów w Ołtarzewie pod Warszawą. Studiowałem równocześnie w Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej, bowiem interesowały mnie relacje teologii protestanckiej i katolickiej. Potem studiowałem w Seminarium Duchownym Metropolii Warmińskiej w Olsztynie. Szukałem swego miejsca służby kapłańskiej i doszedłem do wniosku, iż moje miejsce jest tam, gdzie duchownych brakuje. Wskazano mi na Stany Zjednoczone przeżywające kryzys powołań kapłańskich. Ordynariusz diecezji, ks. abp. Edmund Piszcz wystawił mi list rekomendacyjny, z którym przybyłem do diecezji Springfield w stanie Missouri. Tam studiowałem najpierw język angielski na Missouri State University, a następnie w wyższym seminarium duchownym St. Meinard School of Theology. Święcenie kapłańskie otrzymałem 18 grudnia 2002 roku, w moje urodziny, w Springfield, w katedrze św. Agnieszki. Zaś pierwszą mszę świętą po polsku odprawiłem w trzy dni później w kościele św. Stanisława Kostki w St. Louis, w jedynej polnijnej parafii na terenie stanu Missouri, o pięknej historii i tradycji. Uważałem to za głęboko symboliczne. 

Z tym miejscem los związał księdza burzliwie, czego finałem... ekskomunika. Kara spotykana w Kościele niezwykle rzadko. 
To pewien skrót i przyśpieszenie biegu wydarzeń. Po święceniech wróciłem do Springfield, gdzie byłem wikariuszem na dwóch placówkach. Ostatnio w katedrze św. Agnieszki. Jednak utrzymywałem kontakty z parafią w St. Louis, bo poznałem tam wielu wspaniałych rodaków: wiernych sług Kościoła i gorących patriotów. Przy tym wszystkim oddanych i hojnych parafian, którzy ocalili swój kościół i jego dobro od bankructwa i doprowadzili do rozkwitu... Każdy wyjazd do nich to było moje "ładowanie akumulatorów". W 2003 roku nagle parafia zaczęła mieć problemy. 

Jakie? 
Biskup zażądał przepisania aktu własności kościoła i wszystkich innych nieruchomości oraz kont bankowych na diecezję. 
I cóż w tym szczególnego? Przecież to raczej normalne, że Kościół jest właścicielem kościołów, a nie parafianie. 

Z perspektywy Polski sprawa może się wydawać kuriozalna, ale nie w Ameryce. Tu oczywiście też dominuje reguła, że świątynie i inne nieruchomości parafialne stanowią dobro diecezjalne, ale to nie jest warunek konieczny. Historia misji Kościoła na tych ziemiach była burzliwa i dramatyczna. Często gdyby świątynie nie pozostały w prywatnych rękach (np. wspolnót wiernych) nigdy nie przetrwałyby. Dodajmy, iż prawo kanoniczne z 1917 roku i 1983 roku wyjątkowo przewidująco wymienia sytuacje szczególne i powiada, że jeżeli przez ponad 100 lat utrwaliła się inna (niż diecezjalna) zwyczajowa forma własności, to jest ona dopuszczalna. To powiedziawszy przechodzę do historii. W tym samym czasie, w latach 80. XIX stulecia, kiedy klebarcki kowal Jan Liszewski przemyśliwał w Olsztynie o założeniu polskiej gazety, w dalekim St. Louis polscy wygnańcy spod pruskiego głównie zaboru postawili kościół św. Stanisława Kostki.1891 roku arcybiskup Kenrick wydał dekret o statusie parafii, jako korporacji prawa cywilnego z tytułem własności dla rady parafialnej. Ona jest do dziś właścicielem samego budynku świątyni, jak i plebani. Do 2003 roku, a więc przez 112 lat, taki status nikomu nie przeszkadzał. Wtedy diecezja zażądała, aby tytuł własności oraz cały majątek parafii przekazać na jej dobro. Zbiegło się to w czasie z oddaniem na terenie parafii nowoczesnego centrum kultury wzniesioniego kosztem ponad 2,5 mln dolarów, który to obiekt jeszcze powiększył wartość całej wspólnotowej nieruchomości. Dodajmy, że jej częścią jest też teren o powierzchni 8 akrów (ok. 4 hektarów).Wszystko w centrum St. Louis. Rynek nieruchomości na takie miejsca dosłownie poluje... 

Kiedy parafianie próbowali negocjować, ordynariusz diecezji arcybiskup Raymond Burke odwołał z parafii dwóch, posługujących na niej, księży. Od sierpnia 2004 roku wierni pozostali bez dostępu do sakramentów, lecz się nie ugięli. W początku br., kiedy rada parafialna ponownie odmówiła zrzeczenia się własności, tym razem biskup obłożył jej członków interdyktem, karą kościelną, jaka bezpośrednio poprzedza ekskomunikę. 

To miało skłonić polonijnych parafian do uległości? 
Nie mnie oceniać intencje ordynariusza. 
Znany prawnik z St. Louis i członek rady parafialnej Roger Kraśnicki tak zdefiniował dla prasy całą sytuację: "Sami ustanowiliście nam taki status własności, kiedy nic nie byliśmy warci, by umyć ręce od utrzymywania nas. Teraz gdy mamy tony pieniędzy... nagle chcecie nas zagarnąć". Czy wartość dóbr parafialnych przekraczająca 10 mln dolarów jest głównym przedmiotem tego biskupiego pożądania? Tak wypowiada się amerykańska opinia wychowana na świętości prawa własności... 

Prawo własności jest w Ameryce wartością fundamentalną, w obronie której w Konstytucji zagwarantowano nawet powszechne prawo posiadania broni. Gdy dodamy do tego ponadstuletnią historię tej świątyni i to, że ona jest także symbolem polskiej godności, dumy i suwerenności, łatwo zrozumiemy całą złożność sytuacji. Ponadto muszę zwrócić uwagę na jeden bardzo ważny kontekst aktualny. Kościół amerykański, w tym diecezja St. Louis, ogarnięte są procesami o przemoc seksualną wobec nieletnich. Parafianie obawiają się, że gdy oddadzą kościół diecezji, ta może sprzedać, a uzyskane środki użyć na wypłaty zasądzonych odszkodowań. To ważny czynnik natury psychologicznej. Wierni nie chcą, aby ich dziedzictwo było przeznaczane akurat na takie cele. Dopóki to jest własność wspólnoty parafialnej, a nie diecezji żadne wyroki tu nie sięgną. 

Mówi Ksiądz o... sprzedawaniu kościołów. Jak? 
Normalnie. Kościoły można kupować w Stanach w internecie. Z pełnym wyposażeniem sakralnym albo same tylko budynki, albo tylko meble itd. To ma miejsce i w diecezji St. Louis, gdzie znajduje się św. Stanisław... I to przyznaję wywołało moje najgłębsze poczucie grozy. Równocześnie w innych diecezjach tytuły własności właśnie przekazywane są przez nie wspólnotom parafialnym, w słusznym założeniu, że nikt tak nie zadba o wspólne dobro kościelne, jak sami wierni. Zważywszy, między innymi, na wszystkie problemy przeżywane przez kościół w Stanach Zjednoczonych. 

I to skłoniło do księdza przyjęcia oferty parafian z St. Louis, by został ich pasterzem? 
Nie tylko to... Po pozbawieniu ich kapłanów, wierni gromadzili się na modły sami. Starali się zachowywać wierność kalendarzowi liturgicznemu. Odbywali m.in. procesję Bożego Ciała. Bez udziału księdza. Niekiedy udawało im się znaleźć kapłana, który konspiracyjnie odprawił mszę. Starali się znaleźć też duchownego, który by podjął się obowiązków duszpasterskich. Równocześnie zgłaszały się inne Kościoły z ofertami przyjęcia do siebie całej społeczności św. Stanisława, tak, jak jest i na jej warunkach (za pełnym poszanowaniem jej prawa własności). Parafianie odmawiali wszystkim innym denominacjom religijnym czując się głęboko wierzącymi katolikami. Prowadzili również rozmowy ze mną. 

Chętnie poznamy księdza motywację. Przecież zdecydował się na propozycję osób objętych interdyktem. Słuchamy... 
Początkowo byłem pełen dobrej wiary i uważałem, że kwestię statusu parafii da się rozwiązać w drodze dialogu. Miałem nadzieję, że jako duszpasterz wspólnoty będę mógł trafić przed oblicze arcybiskupa Raymonda Burke i pokornie prosić o rozważenie wszelkich racji, w tym także trosk prafian związanych z losem swego umiłowanego kościoła. W tym duchu udałem się do mego ordynariusza diecezji w Springfield, biskupa Johna Leibrechta, z prośbą o pozwolenie na czasowe opuszczenie diecezji oraz dokładnie opisałem sytuację parafii św. Stanisława. Mój ordynariusz skontaktował się z ordynariuszem z St. Louis pytając, czy wyrazi zgodę na podjęcie służby u św. Stanisława. Ten jednak odmówił. Stanąłem w dramatycznej sytuacji wyboru sumienia. 

Zważenia na jednej szali obowiązku podporządkowania biskupowi, na drugiej obowiązku służenia wiernym i zbawiania ich dusz. Po wielu rozterkach i modlitwach przyszedłem do konstatacji... że, po pierwsze, jako pasterz muszę troszczyć się o każdą pojedynczą owieczkę, każdego człowieka, który chce być blisko Boga i potrzebuje w tym zbliżeniu służby kapłana. A po drugie, jako kapłan muszę podążać za prawem kanonicznym, którego ostatni kanon 1752 powiada, iż zbawienie duszy ludzkiej jest najwyższym prawem Kościoła. Odmawianie wiernym kapłana i sakramentów łamie ów naczelny kanon. Przez kogokolwiek by się nie dokonywało, a dyskusja co do statusu parafii nie może legitymizować karania wiernych ograniczaniem ich w wierze. 2 grudnia ubiegłego roku zawarłem umowę ze wspólnotą parafialną na objęcie jej opieką sakramentalną i pastoralną. 

Reakcja nastąpiła... 
Arcybiskup Raymond Burke z St. Louis wydał komunikat, że moje prawa kapłańskie zostały "zawieszone" i zasygnalizował możliwość podjęcia dalszej akcji kanonicznej. 17 grudnia br., doszła do mnie wiadomość o ekskomunice. Arcybiskup nie zamienił ze mną nawet słowa. Sześciu członków rady parafialnej i ja zostaliśmy decyzją arcybiskupa ekskomunikowani, co jest najsurowszą karą w społeczności Kościoła. Polega na bardzo znacznym i kategorycznym zredukowaniu uczestnictwa w Kościele poprzez ograniczenie praw w przyjmowaniu sakramentów i sprawowaniu jakichkolwiek funkcji w Kościele. Dodam, że zawiodły wcześniej próby mediacji w celu znalezienie wyjścia, w których brał udział m.in. arcybiskup Szczepan Wesoły, światowy duszpasterz Polonii. Bez rezultatu. 

Mimo to poprowadził ksiądz Pasterkę w Wigilię Narodzenia Pańskiego... 
Jak powiedziałem służę Bogu i ludziom, a zbawienie ich dusz jest najwyższym celem kapłaństwa. Odprawienie Pasterki było obowiązkiem mego sumienia i postanowiłem go wypełnić. 

Media amerykańskie, licznie relacjonujące to wydarzenie przyniosły obrazy: tłumów, jakich nigdy kościół św. Stanisława nie miał w swych progach, liturgii przerywanej oklaskami, ekstatycznych reakcji wiernych i owacji na cześć księdza. Ludzie otwarcie mówili do kamer, że nic sobie nie robią z ekskomuniki. Refleksja? 

To było największe przeżycie duchowe w moim życiu, choć zaraz z pokorą przyznaję, że dominuje we mnie uczucie zażenowania. Głęboko boleję nad tym, że mszę św. odprawianą w intencji biskupa ordynariusza diecezji i wszystkich jej wiernych, on sam nazwał "ważną lecz... bezprawną", a udział w niej "grzechem śmiertelnym". 

Czy z kolei ksiądz uważa ekskomunikę biskupa za "ważną lecz... bezprawną"? 
Utrzymując się w klimacie tej retoryki, można tak by było powiedzieć. Ekskomunika jest "ważna" w świetle prawa kanonicznego, bo została w stosowny sposób ogłoszona. Jednak wspólnota parafialna, wybitni specjaliści prawa kanonicznego, którzy spontanicznie zaoferowali nam pomoc, a także ja sam w swoim najgłębszym przeświadczeniu, uważamy, że domaga się ona apelacji do Stolicy Apostolskiej. Nie znajduje bowiem wystarczającego oparcia w prawie kanonicznym. Złożenie apelacji w stosownym trybie już nastąpiło. Swoją nieocenioną pomoc zaoferował nam wybitny prawnikkanonista ojciec profesor Thomas Doyle, dominikanin. To on, w 1985 roku, w słynnym raporcie dla Episkopatu USA wskazywał na nabrzmiewające zjawisko przemocy seksualnej wśród duchowieństwa amerykańskiego i apelował o przeciwdziałanie, nim będzie za późno. Z jego postacią wiązane jest oczyszczanie Kościoła w Stanach, jakie możemy dziś obserwować. 

Czy znane są reakcje arcybiskupa Burkeąa na wasze stanowisko? 
Ordynariusz zapowiada odebranie nam prawa używania w nazwie parafii desygnatu "rzymskokatolicka". 

A wspólnota? 
Uprzejmie upraszamy łaski ordynariusza, by od pośpiesznych wyroków i kolejnych restrykcji wobec wspólnoty wstrzymał się do czasu rozstrzygnięcia przez Stolicę Piotrową apelacji od jego wcześniejszej decyzji. 

Zapytam po ludzku. Jak ksiądz psychicznie znosi całą tę sytuację konfliktu? Z jakimi spotyka się reakcjami? 
Największym oparciem jest dla mnie rodzina w Olsztynie, która stoi za mną niewzruszenie. Dotyczy to przede wszystkim mojej ukochanej babci Weroniki, która wymodliła moje kapłaństwo, gdy miałem sześć lat. Od tego czasu zawsze powtarzałem, że będę księdzem i to się wypełniło. Otrzymuję stosy listów i zalew emaili. W 90 procentach są to wspaniałe głosy otuchy i poparcia oraz modlitwy w intencji parafii i mojej osobistej. Zdarzają się jednak (te nie podpisane) listy odżegnujące od czci i wiary. Wymyślające mi od rozpustników, pedofili, homoseksualistów, przypisujące niecne intencje. Ponieważ ciskanie chlebem i kamieniem to fragmenty tej samej otaczającej nas rzeczywistości, wszystkim mówię "Bóg zapłać". 

Dziękujemy za rozmowę. 
Rozmawiał: 
Waldemar Piasecki, St. Louis.